Articles

A Q & A with Matt and Kim’s Matt Johnson

„It was dosally a party.”

Tak Matt Johnson z Matt and Kim opisuje wczesne dni tytułowego indie duetu, które składały się z awanturniczych setów na imprezach i domowych występach.

W 2009 roku wydali swój drugi album Grand, który otrzymał złoty certyfikat RIAA.

Na płycie znalazł się przebój „Daylight”, który szybko stał się tanecznym hymnem dla hipsterskich dzieciaków w całym kraju, których weekendy składały się z takich imprez domowych, na jakich występowali Matt i Kim. Ich muzyka jest energetyczna i radosna, nie wspominając o autentyczności i dostępności; refren piosenki, „W świetle dnia, wszędzie czuje się jak w domu”, był maksymą, która zdefiniowała erę, kiedy MySpace był kwitnącą metropolią dla odkrywania i dzielenia się muzyką, i ustawił scenę dla sukcesu Matta i Kim.

Pobudzona energia zespołu nigdy nie osłabła, nawet kiedy Kim Schifino, która gra na perkusji w zespole, zerwała ACL na scenie zeszłej wiosny i wzięła rok przerwy, aby dojść do siebie. Ten czas przerwy zaowocował szóstym i najnowszym albumem zespołu, „Almost Everyday”, który ukaże się 4 maja nakładem wytwórni FADER. Składający się z 10 utworów album miesza w równym stopniu niuanse i nostalgię, pozostając jednocześnie wiernym zaraźliwemu, indie brzmieniu, które uczyniło ich sławnymi na samym początku. Na płycie pojawiają się także mało prawdopodobne kolaboracje, takie jak Santigold, King Tuff i Mark Hoppus z Blink-182. Johnson mówi, że jest to również ich najbardziej osobisty album; pisali go w czasie osobistych i narodowych zawirowań, podczas których używali swojej muzyki jako formy terapii. Poświęcili również ten czas na założenie kanału YouTube, gdzie zgromadzili miliony wyświetleń swoich vlogów, które zawierają wszystko, od zwiedzania domu po poradnik, jak sikać w samochodzie.

Ekscentryczność i żywiołowość Matta i Kim poza sceną przekłada się na ich obecność na scenie. Być może przeszli długą drogę od swoich prowizorycznych zestawów w salonie, ale ich energia pozostaje taka sama. Sprzedali swoje trasy koncertowe w całym kraju i skradli show na największych festiwalach muzycznych, takich jak Bonnaroo i Lollapalooza, a we wtorek, 10 kwietnia, przeniosą tę energię do The Van Buren w Downtown Phoenix. Dogoniliśmy Johnsona przed występem, aby porozmawiać o nowym albumie i powspominać z nostalgią czasy MySpace.

Chciałam zacząć ten wywiad od stwierdzenia, że „Daylight” było moim hymnem w 2009/2010 roku, tak jak jestem pewna, że jest to przypadek wielu ludzi w moim wieku. Czy słyszysz to często o swoich piosenkach i co ta piosenka oznacza dla Ciebie i Kim osobiście? Szczerze mówiąc, napisaliśmy tę piosenkę w mojej dziecięcej sypialni w domu moich rodziców z plakatami deskorolkowymi na sufitach i ścianach i nagraliśmy ją sami. Z pewnością nie spodziewaliśmy się, że będzie to coś większego niż nasza mała scena, na której byliśmy. To szalone jak to się stało, że żyje dalej i ma swoje własne życie, ponieważ nigdy nie był to jakiś hitowy singiel. Wciąż jest grany tak samo często teraz, jak i wtedy. Stacje radiowe tak naprawdę nie grały jej ani nic w tym stylu, ale ludzie po prostu ją sobie przekazywali.

Myślę, że to mogło być mniej więcej w czasie, kiedy byłaby to moja piosenka na MySpace.
Hell yeah (śmiech).

Dajecie również fanom całkiem osobiste spojrzenie na wasze życie poprzez wasze vlogi i wasz kanał na YouTube i tego typu rzeczy, co jest czymś, co nie robi wielu artystów. Dlaczego uważasz, że jest to tak ważne dla artystów?
Myślę, że jest to ważne dla nas, dla Matta i Kim. To nie przypadek, że nazywamy się naszymi imionami, zamiast mieć jakąś nazwę zespołu… jesteśmy po imieniu z każdym, kto słucha zespołu. Zdajemy sobie sprawę, że na scenie masz pewne połączenie z publicznością. To jest czas z twarzą. To jest nawet większe niż muzyka; to jest prawdziwa więź międzyludzka. Byliśmy poza trasą przez jakiś czas, ponieważ Kim doznała kontuzji, a my byliśmy w przerwie między albumami i chcieliśmy być w stanie nadal pokazywać się na scenie i utrzymać tę więź. Wtedy zdecydowaliśmy się założyć kanał na YouTube. Chodziłam do szkoły filmowej i naprawdę kocham robić filmy i tego typu rzeczy, więc miało to dla nas dużo sensu.

Twój nowy album został opisany jako najbardziej osobisty album do tej pory, a ty i Kim pisaliście go w trudnym czasie, podczas jej rekonwalescencji. Czy możecie opowiedzieć trochę o tym doświadczeniu? Jak byliście w stanie napisać tak energetyczny album w czasie, który szczerze mówiąc musiał być bardzo wyczerpujący energetycznie?
To prawda, ale rzecz w tym, że nawet z Kim w jej najgorszym stanie, ona wciąż jest bardziej optymistyczna i pełna energii niż wielu ludzi w ich najlepszym stanie. Jest siłą, z którą trzeba się liczyć. Dzięki niej nie odpuszczam. Na przykład piosenka, którą właśnie wydaliśmy kilka dni temu o nazwie „Happy If You’re Happy” była piosenką, którą napisałem w tamtym czasie, ponieważ były momenty, kiedy Kim była naprawdę przygnębiona i naprawdę przygnębiona, a ja po prostu nie mogę być szczęśliwy, kiedy ona jest smutna. To jest dla mnie niemożliwe; jesteśmy tak splecione i współzależne na dobre i na złe. Więc to z tego wzięła się ta piosenka… Myślę, że takie rzeczy były osobiste… pisanie z trudnego miejsca. To nie była tylko jej kontuzja, to było wszystko, co działo się wokół nas i w kraju, to był po prostu splot złych wydarzeń. Nawet tytuł, Almost Everyday, odnosi się do złych wiadomości, które otrzymywaliśmy prawie każdego dnia. Myślę, że wszystkie te rzeczy czynią rzeczy osobistymi. Piszesz, żeby coś z siebie wyrzucić. Nie szukasz rzeczy, o których mógłbyś pisać. Masz te rzeczy i musisz o nich pisać.

Dałem album do odsłuchu i jest tam bardzo nostalgiczny rodzaj tematu przez cały czas. Chciałem usłyszeć twoje zdanie na ten temat i jeśli ten album ma jakiś temat, jak myślisz, jaki by on był? Jak bardzo różni się on od Twoich poprzednich utworów? Myślę, że to dobrze, że odbierasz ten nostalgiczny nastrój. Przez całe moje dorosłe życie byłem w trasie, grałem koncerty i przez ostatnie półtora roku, kiedy tak naprawdę nie graliśmy żadnych koncertów, co było najdłuższym okresem w naszym życiu, czułem się tak, jakby ten okres w moim życiu się skończył. Poszliśmy na jakiś koncert, a ja byłem zazdrosny o ludzi na scenie. Myślę, że to było wielkie doświadczenie otwierające oczy na to, jak wyglądałoby życie, gdybym nie miał już tego zespołu w moim życiu i to było coś w rodzaju filmu „It’s a Wonderful Life”, w którym on dostaje prezentację tego alternatywnego życia, żeby pokazać, jak dobrze mu się wiedzie. Zawsze myślałem, że mam je dobre, ale doceniłem je bardziej, kiedy go zabrakło. Myślę, że zdecydowanie była tam mentalność „ciesz się tym, póki to masz”, o której pisaliśmy.

Jak ty i Kim się poznaliście? Jak to było, kiedy spotkaliście się po raz pierwszy?
(śmiech) Cóż, klasycznie Kim opowiada tę historię, ponieważ nie byłem częścią początku tej historii… mówi, że siedziała na ławce w Pratt, gdzie chodziliśmy do szkoły, z przyjacielem i zobaczyła mnie przechodzącego obok i powiedziała, jej cytat, nie mój, „Zamierzam wyjebać tego gościa”. Znając Kim, to bardzo „Kimowe” stwierdzenie. Więc, dała mi swój numer, nie raz, nie dwa, ale trzy różne razy… nie chodziło o to, że nie byłem zainteresowany zadzwonieniem do niej, po prostu się bałem. Ale będąc wytrwałą Kim jest, ona w zasadzie ciągle była jak, „Yo, idioto! Zadzwoń do mnie!” i wtedy się spotkaliśmy i w ciągu trzech miesięcy randkowania, zamieszkaliśmy razem i mieszkamy razem od tamtej pory. Minęło kilka lat zanim zaczęliśmy grać razem muzykę. Przez długi czas spędzaliśmy razem każdy dzień i to niesamowite, że jeszcze się nie pozabijaliśmy. Myślę, że coś tu naprawdę działa (śmiech).

Jak opisalibyście swój live set komuś, kto nie doświadczył go z pierwszej ręki?
Myślę, że to najważniejszy element naszego zespołu. Mamy szczęście… czy mamy jakiś wielki singiel czy coś w tym stylu, to nie ma znaczenia; ludzie wydają się naprawdę cieszyć występem i wciągać się w niego. Wierzę, że to stąd się bierze. Kiedy zaczynaliśmy, nie graliśmy w żadnych miejscach. Graliśmy dosłownie tylko na imprezach, w magazynach, przestrzeniach artystycznych, salonach, kuchniach i piwnicach i zawsze było to jak impreza; to była dosłownie impreza. Bylibyśmy na czymś i wszyscy byliby wokół nas i padali na nas. W miarę jak się rozwijaliśmy, pamiętam, jak graliśmy na naszym pierwszym festiwalu i myślałem: „Jak utrzymać ten klimat?”. Chodzi o wszystkich w pokoju lub wszystkich na polu; to nie chodzi o dwie osoby na scenie. Angażujemy wszystkich i gramy wiele rozpoznawalnych kawałków z piosenek, które nie są nasze, więc w pewnym sensie jest to bardziej jak DJ set. Dużo rozmawiamy z publicznością i dajemy jej dużo światła, żebyśmy mogli ich widzieć i żeby oni mogli widzieć siebie nawzajem. Chodzi o to, żeby to było w pełni integracyjne doświadczenie, a nie w stylu: „My jesteśmy zespołem. Wy jesteście publicznością. Oglądajcie i cieszcie się.” To jest jak, „Zróbmy to wszyscy razem!” Jeśli nie mam publiczności, która skacze dookoła, tańczy, surfuje po tłumie i robi mosh pits, to nie bawię się dobrze. To jest najbardziej zabawna część tego dla mnie: patrzenie ze sceny i widzenie tego.

Czy kiedykolwiek tęsknisz za tymi dniami, kiedy to było może trochę bardziej intymne i po prostu grałeś gdziekolwiek?
Jestem tak szczęśliwy, że one istniały, ale myślę, że zawsze chcesz czuć ruch do przodu. Zawsze fajnie jest, gdy dzieje się coś nowego, mieć nowe doświadczenia. Nie sądzę, że można pozostać w jednym miejscu na zawsze. Od czasu do czasu gramy bardziej kameralne koncerty na specjalne okazje, ale myśląc o tych koncertach, o tym, że przyjeżdżają gliny i wszystko się wyłącza, albo wysiada prąd, albo cała publiczność przewraca się do przodu i przewraca cały sprzęt, a my musimy przestać… to były super zabawne czasy, ale ciężko jest konsekwentnie iść do przodu, kiedy jedziesz sześć godzin minivanem i pojawiasz się na koncercie, a gliny zjawiają się i wyłączają go po półtorej piosenki.

Matt and Kim w/ Cruisr and Twinkids, The Van Buren, 401 W. Van Buren Street, thevanburenphx.com, wtorek, 10 kwietnia, 7 p.m., $30.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.